|
|

Warkoczyk (III)
Powiadam wam, że jakbym dostał cegłą w głowę!
-Coś podobnego! A na co umarła?
Trzeba wam wiedziec, że moja pani nie była poinformowana o tym eksperymencie. Nigdy by mi na to nie pozwoliła. Jest dość przesądna, mimo że od dawna mieszka ze mną pod jedym dachem.
Gdy tylko mogłem, wymknąłem się cichaczem do warsztatu i wyjąłem z szuflady fotografię. Wszystko jedno - i tak wiem, że nie uwierzycie - kiedy odpiąłem warkoczyk, na jej czole widać było wyraźną brunatną plamkę. Aż mnie zatkało - powiadam wam. Bo przecież to już drugi raz - najpierw Matthews, a teraz ona!
Cała sprawa mogła wyprowadzić człowieka z równowagi. Wiem, że to wydaje się głupie - miałem wyrzuty sumienia, nic na to nie poradzę!
No i potem przyszła kolej na dochodzenie policyjne. Naturalnie i ja poszedłem, żeby dowiedzieć się, na co umarła ta biedna kobieta. Oczywiście zapisano to jako "śmierć z przyczyn naturalnych", a mianowicie na skutek wylewu krwi do mózgu. Co jednak najbardziej zastanawiało lekarzy, to to, co spowodowało te "naturalne przyczyny", bo miała na czole znak takiego samego typu jak Matthews. Dokładnie przedyskutowali rozmaite teorie i w końcu dali wszystkiem spokój.
Wszystko to było niezmiernie interesujące. Zajmowało mnie wielce i o tyle dobrze się bawiłem, o ile komuś moze sprawiać przyjemność śledztwo. Nie wyjaśnione zostało tylko dręczące zagadnienie, czy bona upadła czy też coś ją stuk... - no, po prostu czy przejechała się z powodu warkoczyka, czy nie.
Jesna, że nie można było poprzestać na tym, bo cała sprawa okazała się zanadto podniecająca. Zacząłem się rozglądać za kimś innym, żeby na kimś jeszcze raz spróbować i uznałem, że świetnie będzie się do tego nadawał pewien pan z przeciwka. Nie był on tak nieprzyjemny jak bona, ponieważ nie był okrutny, w każdym razie nie umyślnie - grywał na skrzypcach - więc postanowiłem w miarę możności go nie zabijać.
Z fotografią był kłopot, ponieważ są siad rzadko wychodził z domu. Nie macie pojęcia jak trudno jest zrobić komuś przyzwoite zdjęcie, jeśli znacie go tylko z widzenia! Jednakże udało mi się to po dwóch tygodniach. Zdjęcie było malutkie, musiałem więc zrobić powiększenie, ale wyszło nie najgorzej.
Wieczory spędzał przeważnie w pokoju na piętrze, ćwicząc. Po kolacji poszedłem do warsztatu i stanąłem przy oknie, akurat naprzeciw jego okna - i czekałem, aż zacznie. A kiedy na dobre się rozkręcił - dotknąłem po prostu warkoczykiem jego fotografii, nie mocno, tylko tak, na przykład, jak sprawdza się dwoma drucikami baterię. No więc dotknąłem warkoczykiem jego zdjęcia w ten sposób. Gdy zrobiłem to za pierwszym razem - facet wziął fałszywy ton. To jeszcze nie było wiele, więc oczywiście jeszcze raz to zrobiłem, tylko nieco dłużej przytrzymałem warkoczyk. Tym razem nie było wątpliwości. Pospiesznie odłożył skrzypce, wychylił się z okna i dyszał jak ryba conajmniej z pięć minut...
Byłem tak zaskoczony, powiadam wam, że miałem ochotę zrobić to samo!
Mimo wszystko wziąłem się w garść i zacząłem się zastanawiać, czy nie należałoby spalić tego choler... hmmm... warkoczyka. Spalić czy nie spalić? Ale zbyt wiele kryło się w nim możliwości, tak że postanowiłem jednak zapoznać się z nimi.
c.d.n
Chcesz coś dodać/znasz fajne opowiadanie/ zapraszam do współpracy ...skomentuj ...(3)
Warkoczyk (II)
Po bliższym przyjrzeniu okazało się, że na odwrocie fotografii była lekka, brunatna kreska. Widocznie był to ślad po warkoczyku, który odłożyłem, żeby wysechł. Przesiąkło na drugą stronę i powstał ślad na czole Matthewsa. Sprawdziłem, że akurat tam, nakłuwając karton igłą.
Na pierwszy rzut oka wyglądało to na bardzo dziwny zbieg okoliczności. Nie wiem, co sądzicie o zbiegach okoliczności, ale ja wiem z doświadczenia, że właściwie ich nie ma. W każdym razie zadałem sobie sporo fatygi i ustaliłem - nie mam co do tego cienia wątpliwości - że ja położyłem owego dnia warkoczyk na fotografii między godziną czwartą a czwartą piętnaście, zaś Matthews miał swój atak tego samego dnia kwadrans po czwartej.
Może to i był zbieg okoliczności?...
Przyszło mi jednak do głowy, żeby zrobić próbę. Nie na poczciwym Matthewsie, oczywiście, bo on już oberwał, a poza tym - to mój przyjaciel! Wiem dobrze, że należy miłować naszych wrogów i tak dalej, staram się zawsze, na ale jeśli chodzi o przeprowadzenie eksperymentu tego rodzaju, to nawet jeśli szanse są jedna na milion, że się uda - lepiej wybrać wroga niż przyjaciela. Rozejrzałem się więc za odpowiedznią - ze tak powiem - ofiarą, za kimś, kogo nie bardzo by mi było szkoda, gdyby zdarzyć się miał nowy zbieg okoliczności. Osobą, na którą padł mój wybór, była bona od sąsiadów.
Z okna naszej łazienki widać było ich ogród i nieraz widzieliśmy, jak ta bona paskudnie obchodzi się z dzieckiem, kiedy myśli, że nikt jej nie widzi. Nie mogliśmy jej nic powiedzieć, bo wiecie jak to niedobrze wtykać nos w sprawy sąsiadów, ale ona była wprost obrzydliwa i nie znosiliśmy jej widoku! Poza tym jeszcze inna sprawa - gdy tylko nastała, od razu nabrała zwyczaju sięgania przez murek do naszych róż. Zrywała je bez opamiętania, ale wkrótce położyłem temu kres. Zrobiłem taką instalację z haczyków na ryby wokół najbardziej dostępnych róż i przygiąłem krzewy do ziemi za pomocą drucików. Następnego dnia u sąsiadów była Sodoma i Gomora, a bona przez tydzień chodziła z zabandażowaną ręką.
Ogólnie biorąc była ona akurat osobą nadającą się do mego małego eksperymentu. Przede wszystkim należało zrobić jej zdjęcie. Rano, kiedy było słońce, a ona siedziała w ogrodzie, zacząłem naśladować buczenie samolotu stojąc w oknie łazienki, żeby ją zmusić do podniesienia głowy. Pstryknąłem - i już miałem zdjęcie aż miło.
Gdy tylko pierwsza odbitka wyschła, około jedenastej wieczorem tego samego dnia, przypiąłem warkoczyk dwiema szpilkami do zdjęcia, na czole bony. Czułem się okropnie głupio, oczywiście, że robię coś tak idiotycznego. Potem odłożyłem zdjęcie do szuflady w warsztacie.
Następnego wieczora, gdy tylko wróciłem do domu, żona powitała mnie na progu słowami:
-Wiesz, co się stało? Bonę od sąsiadów znaleziono martwą w łóżku dziś rano!
c.d.n
Chcesz coś dodać/znasz fajne opowiadanie/ zapraszam do współpracy ...skomentuj ...(0)
Warkoczyk (I)
Chcę wam dziś opowiedzieć o pewnych wydarzeniach, których nie będę próbował wyjaśniać, ponieważ to zupełnie nie leży w mojej mocy. Gdy usłyszycie o wszystkich faktach, może ktoś z was zdoła wysnuć hipotezy. Jak się samemu nie rozumie tego, o czym się opowiada, to człowiek nie bardzo wie, co należy pominąć.
Działo się to w 1921 roku. Zamierzałem spędzić weekend u jednego z moich przyjaciół, mieszkającego o jakie piętnaście mil od Bristolu.
Jadąc tam, czekałem na przesiadkę w Bristolu. Na jednej z ulic, którą przechodzilem był jakiś zabawny, mały sklepik, taki stary antykwariat. Zatrzymałe się, żeby popatrzeć na wystawę. W głębi na półce stało okrągłe mosiężne pudełeczko, z kształtu jakby dziwaczna puderniczka. Ono to właśnie zwróciło moją uwagę - sam nie wiem dlaczego. Pewno z tej samej przyczyny kobiety kupują takie a nie inne ubrania.
Szyba wystawowa była jednak bardzo brudna, więc zeby lepiej obejrzeć pudełeczko - wszedłem do środka. Gdzieś z głębi sklepu wyszedł niewiarygodnie stary człowiek i opowiedział mi wszystko co wiedział o tym pudełeczku, a nie było tego zbyt wiele. Pudełko było dosć ciężkie. Mosiężne, okrągłe, niewysokie. W środku coś latało przy potrząsaniu. Nikt nigdy nie zdołał zdjąć pokrywki. Starzec kupił je parę lat temu od jakiegoś marynarza, ale nic więcej nie wiedział o jego pochodzeniu.
-Da pan piętnaście szylingów?
Zaoferowałem dziesięć, a on od razu się zgodził.
Gdy po weekendzie wróciłem do domu, zaniosłem pudełko do warsztatu i dokładnie je obejrzałem. Było bardzo prymitywnie wykonane, i to najwyraźniej ręcznie. Kiedyś na pokrywce było coś wyryte, ale potem zostało zatarte pilnikiem. Teraz więc trzeba było zdjąc pokrywkę bez uszkodzenia. O zdjęciu ręką nie było mowy. Żadne inne metody też nie poskutkowały. Postawiłem więc pudełeczko pokrywką do dołu na talerzu z gliceryną. Postało tak tydzień. Potem zrobiłem dwa półpierścienie. Jeden pasujący do pokrywki, drugi do pudełka. Po tygodniu zanitowałem pierścienie, zamocowałem pudełko w imadle i znowu spróbowałem odkręcić pokrywkę. Nie ruszyło. Następnie spróbowałem pokręcić w druga stronę - i od razu ruszyło.
Wyjaśnia to, dlaczego nikomu nie udało się otworzyć pudełka: miało ono lewostronny gwint. Trick dość pospolity, zwłaszcza w dawnych czasach.
A więc zacząłem bardzo ostrożnie zdejmować pokrywkę. Czułem się jak Ali-Baba, myśląć co tam znajdę. Mogło wystrzelić mi prosto w twarz. Jednakże gdy zdjąłem pokrywkę, nie stało się nic. W środku pudełko było do połowy wypełnione kurzem, a na dnie leżał warkoczyk upleciony z włosów. Wyprostowany miał około dziesiąciu centymetrów długosci - grubość mniej więcej ołówka. Rozplotłem kawałek. Składał się z kilkuset włosów, tak brudnych, że nie dało się im dokładniej przyrzeć, nawet pod mikroskopem. Postanowiłem je oczyscić. Najpierw kąpiel w roztworze kwasu solnego, żeby usunąć tłuszcz, potem w roztworze sody, żeby zneutralizować kwas. Następnie wypłukałem włosy w wodzie destylowanej, potem w alkoholu, a na koniec - w eterze.
Właśnie wyjmowałem warkoczyk z eteru, gdy zawołano mnie na dół do telefonu. Rzuciłem warkoczyk na pierwszą lepszą czystą rzecz pod ręką - jakiś biały papier - i zszedłem na dół. Kiedy później przyjrzałem się warkoczykowi, jedyną rzeczą interesującą był fakt, że składał się z włosów kilku różnych kobiet. Kolory wahały się od głębokiej czerni, poprzez brunatny, rudy, złoty, aż do siwizny. Zaden z włosów nie był farbowany, co też wskazywało jak bardzo stary jest ten warkoczyk.
Pokazałem go kilku osobom, ale nikt się nim specjalnie nie entuzjazmował, tak że schowałem włosy i pudełko do szafki i wkrótce o nich zapomniełem.
W jakieś dziesięć dni później jeden z moich kolegów, Matthews przyszedł do klubu z obandażowanym czołem. Naturalnie pytano go o przyczyny, a on powiedział, że nie wie, w dodatku lekarze też. Przewrócił się nagle w swoim własnym salonie i leżał jak kłoda. Żona od razu wezwała lekarza. Ale Matthews przyszedł do siebie po jakichś pięciu minutach, potem przyszedł lekarz, a Matthewsa jedynie bardzo bolało czoło. Doktor nie stwierdził niczego, poza czerwonym śladem w bolącym miejscu.
No i ten znak stawał się coraz wyraźniejszy, w końcu wyglądał jak po uderzeniu kijem. Następnego dnia było tak samo, tyle że wokół pojawiła się otoczka. Potem zaczęło sie polepszać. Oglądałem ten ślad - wyglądał jak wężowaty ślad po przejściu rozpalonego do czerwoności robaka.
Wydano orzeczenie, że Matthews uderzył się w głowę gdy padał. Na tym się skończyło.
W jaki miesiąc potem moja żona postanowiła, że w moim warsztacie trzeba posprzątać. Oczywiście nie pozwoliłbym jej robić tego samej, bo chce wyrzucać wszystko co znajdzie na podłodze, a przecież może się to jeszcze przydać!
Od razu trafiliśmy na kawałek białego kartonu, na którym w swoim czasie, gdy mnie zawołano do telefonu, położyłem warkoczyk.
Gdy rzuciliśmy okiem na odwrotną stronę kartonika, okazało się, że jest to zdjęcie z pewnej kolacji, na którą byłem zaproszony. Jeśli chodzi o ten bankiet, było to w stowarzyszeniu łyżwiarzy, czy innym wzajemnej adoracji, a ja tam byłem na zaproszenie wyżej wymienionego Matthewsa. Na zdjęciu siedzieliśmy ramię w ramię.
Żona przyjrzała się zdjęciu i zapytała:
-Czy to ten znak ma na czole pan Matthews?
Spojrzałem i ja - no i proszę! Miał na czole taki sam znak, z jakim przyszedł przed miesiącem do klubu. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że zdjecie było zrobione co najmniej rok przedtem, nim Matthews miał ten zabawny atak.
c.d.n
Chcesz coś dodać/znasz fajne opowiadanie/ zapraszam do współpracy ...skomentuj ...(1)
|
|